"W naszym angielskim domu" - Janusz Młynarski

Nawet angielska królowa nie jest angielska

Ocena użytkowników:  / 5
SłabyŚwietny 

Angielski dom prawie prawdziwy.   Niebieskooki blond-Chińczyk. Nawet angielska królowa nie jest angielska.   Niech żyje bangladeski „customer-service”.   15 chorób + 15 chorób = jedna choroba.   Kiedy będzie więcej seksu.  

Kolega Witold, który wytknął mi na Facebooku, że domy, które zamieszkiwałem poprzednio nie był angielskie, ponieważ ani nie należały do Anglików, ani Anglicy w nich nie mieszkali i – w związku z tym tytuł „W naszym angielskim domu” nie odpowiada prawdzie. Rzeczywiście, ma rację, ale wyjaśniałem już wielokrotnie, że ów – może niezbyt fortunny i nieprecyzyjny, z pozoru, tytuł dotyczy raczej usytuowania geograficznego. Ma również znaczenie przenośne Anglia jest domem dla wielu imigrantów, w tym również polskich, czyli - domy, w których mieszkałem i dom , w którym mieszkam obecnie – znajdują się na terenie Anglii i – według mnie to wystarcza, by uzyc przymiotnika „angielski”`. Obecny dom spełnia więcej warunków „angielskości”, bo jego właścicielem jest Anglik.

                                                                  ***

Kiedy przybyliśmy z Perełką do nowego miejsca, miałem obawy, że będę musiał już całkowicie zrezygnować z pisania dalszych odcinków – sąsiedzi wydawali się nieciekawi. Miałem wrażenie, że chowają się we własnych pokojach i wolą nie udzielać się towarzysko. Owszem byli mili, nie odburkiwali, ale miałem wrażenie, że chcą trzymać dystans. Na szczęście pomyliłem się. Po kilku dniach okazało się, że z „towarzyskością” jest OK, że wcale od nas, ani od siebie nie stronią, niestety, lecz konflikty też się zdarzają, ale tak bywa między sąsiadami – o czym jeszcze napiszę.

Frederick ma 31. lat, jest Francuzem. Chciałoby się rzec: typowym. Ale co to znaczy - „typowy”, albo nietypowy. Nietypowy, to może być Chińczyk, który nie ma skośnych oczu i jest wysokim blondynem, niebieskookim do tego.

„Nasz” Francuz nigdy nie zjadł żabich udek, czy czegokolwiek co ma coś wspólnego z żabami, a ślimaków najzwyczajniej się brzydzi, natomiast uważa, że wszystko co francuskie, jest najlepsze na świecie, za to wszystko co angielskie jest z kolei, na świecie najgorsze. Np. angielska kuchnia jest jego zdaniem najobrzydliwsza w całym Universum – nie dość, że niewyrafinowana, to jeszcze okropna smakowo. Jedyne co jest w stanie tolerować, to „fish and chips”. Architektura – beznadziejna, nudna, wszędzie to samo i takie samo. Filmy – schematyczne, literatura, oprócz Szekspira, Marlowe' a, Miltona Johna i Dylana Thomasa, nic nie warta. Muzykę, czy to klasyczną, czy nieklasyczną, określa jednym słowem - „rubbish”. Anglików też nie cierpi – jego zdaniem, to pasożyty, lenie, które wolą wysługiwać się innymi. - Nie mają nic własnego – nawet ich pierwszy król był Francuzem, a teraz panuje tu niemiecka dynastia przefarbowana na Windsorów, bo Sachsen-Coburg, czy jakoś tak, brzmi z niemiecka. Wszystko importują. Dziwny kraj, dziwni ludzie.

Nie omieszkałem się zapytać Frederica, co w takim razie robi w tym okropnym kraju? Odparł, ze przyjechał do pracy, chciał tu pracować jako kucharz, dowiedział się, że w Anglii, ludzie tej profesji świetnie zarabiają i tylko to skłoniło go do wyjazdu.

Na początku miałem problemy ze zrozumieniem go – mówił po angielsku, a ja słyszałem francuski – wszystko przez akcent, który przeważnie padał na ostatnią sylabę, francuskie, wibrujące „r”., „żi” zamiast „dżi” i nieme „h”, i francuską intonację. Od czasu kontaktów z Frederickiem zacząłem lepiej rozumieć bangladeskich pracowników „customer- service'ów”.

                                                                      ***

Odwiedziłem moją panią doktor, która z kolei mówi po angielsku aż za dobrze, bo jest rodowitą Angielką. Nie jest zbytnio lubiana przez pacjentów, bo sprawia wrażenie sztywnej i nieprzystępnej. Owszem uśmiecha się, jest uprzejma, ale brak jej ciepła. Wielu pacjentów, gdy słyszy, że tylko u niej są wolne terminy, wzdycha: - Oh my God.

A mnie to w ogóle nie przeszkadza, wręcz przeciwnie, polubiłem ją nawet i sądzę, że z wzajemnością. Już przy pierwszym spotkaniu zorientowałem się, że nie traci czasu – tak ustawia pacjenta, że musi mówić wyłącznie o tym co mu dolega -wszelkie prologi, boczne wątki, dygresje, bezlitośnie ucina. Jednym słowem, ma być: „krótko i na temat”. Ja z kolei lubię sobie pogawędzić, na ale skoro się nie da. Szybko wyciągnąłem wnioski i później już zawsze, po krótkim przywitaniu (bo pani doktor nie bawi się w żadne „hołareju” czy „gudmorningi” ): - Cześć. Jak mogę ci pomóc? Więc ja szybko, to, to, i to. Pani doktor mierzy ciśnienie, zagląda do gardła i po pięciu minutach wychodzę z receptą. Musi być zadowolona, bo na innych pacjentów „traci” 15, a czasem nawet 20 minut, poza tym widać to, bo czasem nawet zażartuje, a w ogóle to częściej się uśmiecha.

Tym razem jednak sytuacja była nieco inna – zamierzałem, a ściślej – musiałem, zająć jej więcej czasu. Może nawet cztery,a może i pięć razy więcej niż zazwyczaj. Chodziło o wsteczne zwolnienie lekarskie, przez pewien czas bowiem nie udzielałem się zawodowo, nie przypuszczałem jednak, że mnie też obowiązuje zwolnienie, bo przecież jestem pracodawcą sam dla siebie i to ja decyduję kiedy mam pracować, a kiedy nie. Okazało się, że jestem w błędzie.

 Przyszedłem i, żeby nie tracić czasu, wyjąłem sporej wielkości kartkę, na której spisałem wszystkie swoje dolegliwości. Gdy skończyłem czytać, przypomniałem sobie kilkanaście następnych. Trochę się nawet bałem, że po tej litanii, przyjedzie karetka na sygnale i zabierze mnie prosto do szpitala. W czasie gdy relacjonowałem stan swojego zdrowia, pani doktor bez przerwy coś pisała. Nawet jej współczułem, że tyle jej tego nagadałem, no ale raz na jakiś czas, też ma mi prawo coś się przytrafić. Skończyłem i ona też. Spojrzałem na nią z lekkim przestrachem, ale ona uśmiechnęła powiedziała: zrobione” i wręczyła mi zwolnienie. Już po wyjściu spojrzałem na nie,lecz nie mogłem się dopatrzyć ani jednej dolegliwości, które wymieniłem, aż wreszcie znalazłem: „stress”. Mój Boże, przecież ja czytałem i mówiłem chyba dłużej niż kwadrans. No dobrze, najważniejsze, że mam, to po co przyszedłem.

                                                                      ***

Wspomniany na początku kolega Witold, stwierdził, że za mało tu seksu. „Tu” czyli „W naszym angielskim domu”. Ja bym powiedział, że nie tylko za mało, lecz w ogóle go nie ma. Tylko, że jak może być skoro Perełka to czyta. Ale niech tylko gdzieś wyjedzie, to się przekona, że „stary dziad, który już nic nie może”, naprawdę może. Cdn. Janusz Młynarski