Nie lubię poniedziałków

Prezydent czy ministrant, czyli co z tym Dudą?

Ocena użytkowników:  / 9
SłabyŚwietny 

Myślałem, że Andrzej Duda, to w miarę normalny facet i, że jak wygra wybory, to swoją normalność pokaże, a ja pożałuję, że nie głosowałem na niego, ale jak zaczął konsultować się z Duchem Świętym i zawierzać Polskę Matce Boskiej i nurkował za hostią, to uznałem, że coś jest nie tak.{jcomments on}

Kto nie głosował w drugiej turze, ten podobno przyczynił się do sukcesu Dudy, czyli ja też. No trudno. Z jednej strony cieszy mnie to, że Komorowski i jego 700. osobowy dwór, po bezpłciowej kadencji muszą się pakować, ale z drugiej strony, jak widzę i słyszę elekta Dudę, to żal ściska mi pewną, niezbyt szlachetną część ciała.

Duda zadeklarował, że będzie „taki, jak prezydent Lech Kaczyński”. Nie wiem, czy mu się to uda, ponieważ nieżyjący już prezydent, nie obnosił się ze swoimi przekonaniami religijnymi nie ogłaszał, że to Bóg, go wybrał, nie twierdził też, że odbywa narady z Duchem Św., a jeśli odbywał, to przynajmniej się tym nie chwalił, wiadomo natomiast, że naradzał się ze swoim bratem Jarosławem, czyli postacią – wbrew pozorom - jednak z tego świata. Lech Kaczyński nie zawierzał Polski ani Matce Boskiej, ani Jezusowi, bo jako człowiek inteligentny, wykształcony i oczytany musiał wiedzieć, a czasami nawet widzieć, że zarówno Matka Boska, jak i jej Syn, niewiele sobie z tego zawierzania robili, ponieważ od kilkuset lat naszą ojczyznę nawiedzało wszystko, co najgorsze. Krótko mówiąc musiał być osobą „słusznie wątpiącą” i zdającą sobie sprawę z tego, że jeśli się czegoś nie wypracuje, lub przynajmniej nie będzie próbować, to Niebiosa na pewno nie pomogą.

Więcej krzyży? A po co?

W zeszłym roku, w październiku, przy okazji - jednego z dziesiątek - święta kościelnego, biskup Kazimierz Ryczan stwierdził, że Polsce potrzeba więcej krzyży i ołtarzy. Biskup Ryczan nie jest odosobniony, bo chyba większość jego kolegów po fachu ma identyczne zdanie. „Więcej krzyży i więcej ołtarzy”, czyli - po prostu – więcej kościołów. Niestety, podobnie uważa, wielu, stanowczo za wielu Polaków. Prawdopodobnie dlatego, że są to ludzie, którzy odczuwają strach przed samodzielnym myśleniem. Bo, cóż normalnie powinno się nasunąć na myśl, a takie dictum? Np. to: „A po cholerę więcej kościołów, a nie lepiej to dach w szkole załatać, albo świetlicę urządzić, albo biedakom chałupy wyremontować?”

 

A gdzie miłość, wybaczanie?

 

W Polsce brakuje kościołów? A ja głupi myślałem, że miejsc pracy, nowych technologii, stypendiów dla zdolnej, ale biednej młodzieży, wodociągów, mieszkań, niższych opłat za gaz i prąd. Tak myślałem i nadal tak myślę. Taką opinię przedstawiłem niedawno, na pewnej imprezie, i wtedy zaatakował mnie jakiś młodzieniec, wyrzucając mi, że jestem komunistą, bo nadaję na Kościół, że jestem za głupi, by zrozumieć, o co naprawdę chodziło z tymi krzyżami i ołtarzami. - A, o co? - nie omieszkałem zapytać. I wtedy młodzieniec „pojechał”, że chodziło o polskość, bo Polska, to krzyż, że honor, że tradycje narodowe, że Polska przetrwała dzięki Kościołowi, który obalił komunizm, że stoi na straży zdrowia moralnego narodu, chroni przed pedalstwem i „dżenderyzacją”, zamierzałem wdać się z nim w dyskusję, ale po jego słowotoku i „body language' u” uznałem, że żadnych argumentów nie przyjmie. Nawet nie dlatego, że głupi, lecz może dlatego, że bał się myśleć, bał się wątpić, żeby np. nie stracić gruntu pod nogami, żeby nie doznać samotności.

Smutne w tym wszystkim jest to, że pomimo wyznawanego światopoglądu nie wspomniał ani razu o miłości (tej do bliźniego), o wybaczaniu, wyrozumiałości itp. Cóż się jednak dziwić temu młodzieńcowi, skoro z ambon padają słowa nienawiści, słowa, które ją jątrzą, rozpalają. Ale to też świadczy o strachu biskupów, czy w ogóle duchownych, przed przyszłością, o strachu i zagubieniu, albowiem człowiek niepewny swojego losu często popada w gniew, agresję.

 

Zbrodnia i głupota

 

Hierarchia, duchowieństwo, poza nielicznymi jednostkami, udają, że nie widzą zgnilizny moralnej we własnych szeregach, że wskazują na innych, by odwrócić uwagę od siebie.

Tacy ludzie nie mają prawa osądzać innych, jak również twierdzić, że dążą do odnowy moralnej Polaków. Ludzie w Polsce, którzy chodzą, co niedzielę do kościoła, słuchają wyłącznie Radia Maryja i popierają PiS, wcale nie są lepsi od ateistów, buddystów, wyznawców Potwora Spaghetti, prawosławnych, czy muzułmanów, wiem, że to truizm, ale jakoś o tym nie pamiętamy na, co dzień.

Kościół, który w przeszłości jednoczył Polaków, dokonał po 89 roku największej zbrodni – podzielił ich. Nie dość, że zbrodni, to jeszcze dopuścił się największej głupoty, ponieważ w ciągu ostatniego ćwierćwiecza stracił mnóstwo wiernych, a szeregi duchowieństwa opuściło wiele wybitnych postaci. Odium spadło, niestety, również i na tych przedstawicieli stanu duchownego, którzy mają wielkie zasługi duszpasterskie i, których można rzec, iż naprawdę naśladują Chrystusa.

 

Kościół czy naród?

 

Prezydent Andrzej Duda, mieni się osobą głęboko wierzącą. Nie za bardzo wiem, co to znaczy? Czy mam uważać go za naśladowcę Chrystusa, czy osobę wierną Kościołowi – wbrew pozorom, nie musi, to być tożsame. A jeśli Kościołowi, to ludziom, czy hierarchii? A jeśli ludziom, to wszystkim, czy tylko katolikom?

Podczas kampanii wyborczej obserwowałem kandydata Dudę i muszę przyznać, że wydał mi się sympatyczny. Ujmujący sposób bycia, eleganckie maniery, dobrze ubrany, wyważony w słowach, łagodny, imponujący znajomością języków, wykształcony, nie podkreślał nachalnie swoich więzi z Kościołem. Nieważne, że opowiadał głupoty – nie on jeden przecież. Może nie będzie tak źle, może nie będzie partyjnym, czy kościelnym prezydentem, lecz prezydentem wszystkich Polaków, do jakiego każde z nas tęskni. Mógł przecież już po wyborach, kiedy nic mu już nie groziło powiedzieć: - „Polacy, jestem waszym prezydentem, nie ważne w co wierzycie, czy nie wierzycie, nieważne jakiej narodowości jesteście. Jestem chrześcijaninem i kocham was wszystkich jednakowo, a panom z Episkopatu i PiS, już dziękuję, chcę naród jednoczyć, a nie dzielić.”

Co, to znaczy jednoczyć? Dążyć do tego, by wszyscy myśleli jednakowo? Nie. Chodzi o to, by wyeliminować nienawiść z życia codziennego. Prezydent może bardzo dużo dobrego, w tym względzie, uczynić. Mógłby na przykład uświadamiać nosicieli „jedynie słusznych” poglądów, że istnieją jeszcze inne światopoglądy i, że wcale nie muszą być godne potępienia, że bezwyznaniowcy i ateiści (wbrew pozorom te pojęcia nie są tożsame), też mogą być wspaniałymi ludźmi. Prezydent nie powinien stać, po którejś ze stron, on powinien stać po stronie wszystkich. Ma oczywiście prawo do swoich poglądów, ale będąc głową państwa powinien je zatrzymać dla siebie -in vitro, aborcje itp. to nie jego sprawa, on ma dbać obywateli. Tymczasem elekt Duda, zaraz po wyborach nie pozostawił nikomu żadnych wątpliwości, gdzie znajduje się "centrum dyspozycyjne" i komu, tak naprawdę będzie podlegał.. Nie muszę chyba tłumaczyć, że to jest bardzo złe, ponieważ sprawi, iż dominacja Kościoła i jego wpływ na politykę będzie jeszcze większy.

 

Wartości obronią się same

 

I co w tym złego? -zapyta ktoś - przecież Kościół broni wartości, więc to dobrze, że zwiększy swoje wpływy. A ja uważam, że to źle. Wartości obronią się same, ludzie nie są głupi, wiedzą co jest dobre, a co złe i jeśli postępują zgodnie z nimi, to nie dlatego, że niedzielę słyszą o nich z ambony, lecz dlatego, że zdecydowana większość z nich ma taki imperatyw wewnętrzny. Duchowni powinni być przyjaciółmi, pocieszycielami, najlepszymi kumplami. Nie powinni zawracać dupy ludziom dekorowaniem płotów na procesję, składkami na nowy, złoty czy srebrny płaszcz dla Matki Boskiej, czy zrzutą na pomnik Jana Pawła II, bo nikomu z wyżej wymienionych nie jest to potrzebne. Jest w Polsce wielu proboszczów, którzy w swoich parafiach pobudowali place zabaw dla dzieci, boiska, świetlice, pomogli z wodociągami, organizują koncerty, wycieczki, zabawy, nawet języków obcych uczą, odwiedzają parafian, a i parafianie do nich przychodzą ze swoimi kłopotami. Można? Można.

 

Ale nie przekreślajmy go

 

Naprawdę nie wiem, po co Andrzej Duda, tak się obnosi ze swoją wiarą, po co tak solennie zapewnia hierarchów, że mogą na niego liczyć, dlaczego nie robi tego w stosunku do innych, dlaczego teraz wycofuje się z tego, co obiecał w kampanii? No cóż, prawdopodobnie wychodzi tu brak wiary w siebie, strach przed samotnością, a przecież, gdyby spróbował być niezależny i twórczy zyskałby mnóstwo przyjaciół.

Wbrew pozorom nie przekreślam Andrzeja Dudy, bo -być może – jakiś czas później, kiedy minie przytłoczenie, zacznie wyciągać wnioski, uwierzy w siebie, zrozumie jak wiele może zrobić dla Polaków i może zapisze się w historii jako najlepszy polski prezydent?

Janusz Młynarski