Nie lubię poniedziałków

Dobry Polak, to zły Polak - rozważania na kanwie "Idy"

Ocena użytkowników:  / 28
SłabyŚwietny 

Rzecz będzie o manipulacji, której dopuszczają się jawne i mniej jawne lub zupełnie niejawne organizacje żydowskie, i którym nie o Żydów chodzi, lecz o pieniądze. Polskie pieniądze.{jcomments on}

Do tego tekstu zainspirowała mnie recenzja filmu pt."Ida", którą napisał mój redakcyjny kolega Wojtek Różański (http://thepolishreview.co.uk/index.php/polska/1132-ida-sztuka-nieustannego-trzymania-w-napieciu.html) ale o  filmie będzie mniej, bo Wojtek temat wyczerpał, natomiast więcej będzie o manipulacji, której dopuszczają się jawne i niejawne organizacje żydowskie, poprzez otwarte i ukryte działania. Choć są wymierzone w Polskę, mniej chodzi samą Polskę, a bardziej o polskie pieniądze.

Właściwie trudno cokolwiek dodać do tekstu Wojtka, a tym bardziej ująć, ale mimo to spróbuję dodać, a w zasadzie rozwinąć. Jesli chodzi o nominacje do Oskara, czy inne sukcesy polskich filmów, to tylko te mają szanse, które, najogólniej mówiąc – eksponują takie wątki, z których wyłania się obraz złych lub obojętnych Polaków i dobrych, prześladowanych przez tychże -Żydów. Tylko takie (polskie) filmy mają szansę na międzynarodowe sukcesy. Dzieło Pawlikowskiego, jak najbardziej, się w tę poetykę wpisuje, choć pozbawione „ostrej” tezy, działa na podświadomość widza i efekty są takie właśnie, jak opisuje Wojtek ( „no tak, wiadomo, ci Polacy...”).

                                                           ***

Im dalej od tragicznych wydarzeń z czasów II wojny światowej, tym bardziej – wskutek różnych działań zaciera się różnica, między rolą Niemców, jaka odegrali w owych strasznych czasach Polakami, którzy – co jeszcze do niedawna było całkowicie oczywiste – byli jej największymi ofiarami. Obecnie stawiani są na równi ze zbrodniarzami, a niejednokrotnie jako główni winowajcy losu, jaki spotkał Żydów. I widać, to-chociażby - po różnego rodzaju „dziełach” artystycznych, filmowych i literackich, w szczególności, którym w sukurs idą niektórzy historycy (tu też przydałby się cudzysłów). I tak, to niektóre narody, naszym kosztem, poprawiają sobie wizerunek – służymy im jako gąbka do ścierania krwi, którą one przelały.

Kiedyś wyśmiewałem takie teorie, ale teraz skłaniam się, ku nim coraz bardziej. Otóż zaczynam uważać, że ktoś tym steruje, że istnieje jednak jakiś układ, który jest zainteresowany owym przesuwaniem akcentów, które w przyszłości mogą sprawić, a niewykluczone, że sprawią, iż to my okażemy się głównymi sprawcami Holokaustu i tacy już pozostaniemy w historii. Na zawsze.

Cóż to za „układ”, który manipuluje ową historią?

Is fecit qui prodest - to sformułowanie, autorstwa Seneki, które weszło na stałe do prawa rzymskiego, mówi, że sprawcą czynu jest ten, któremu przyniósł on korzyść. Komu przynosi korzyść robienie z Polaków katów, na dodatek głównych i pomniejszanie roli Niemców, Francuzów, Węgórów, Belgów, Rumunów, Chorwatów, Słowaków, wreszcie Amerykanów amerykańskich Żydów, a nawet Brytyjczyków w Holokauście? Odpowiedź tkwi właśnie w poprzednim zdaniu. I teraz mógłbym resztę strony, a nawet stron zalać przykładami różnych dzieł czy to artystycznych, czy naukowych, ale po co – przecież doskonale znamy wszystko, co wydano i nakręcono na temat Jedwabnego, Sobiboru (przekopywanie przez okoliczną ludność cmentarzyska ofiar w poszukiwaniu złota), pogromów, denuncjacji itp.), pamiętamy film Claude' a Lanzmana „Shoah”, który dał początek tej ohydnej manipulacji i wiele innych dzieł. Nie chciałbym przez to powiedzieć, że jesteśmy czyści jak łza, że Polacy nie mają nic na sumieniu w kwestii Żydów – owszem były „getta ławkowe”, były pogromy, były donosy na ukrywających się Żydów, za worek ziemniaków, pół litra wódki (Polskie Państwo Podziemne wykonywało na takich szmaciarzach, wyroki) , ale czy między tym, a tym czego się dopuścili Niemcy, Francuzi i reszta wymienionych– naprawdę można postawić znak równości!?

                                                           * * *

Z naszym stosunkiem do Żydów próbujemy sobie radzić, rozliczmy się za zarówno przed sobą, jak i przed innymi, dociera do nas coraz bardziej, to, ze byli immanentną częścią Rzeczypospolitej. Jesteśmy chyba jedynym krajem na świecie, który na poważnie i w szerokim zakresie zajął się nie tylko rozliczaniem przeszłości w kontekście żydowskim, lecz również na dużą skalę pomaga w restytucji kultury żydowskiej. Mało?

Czemu ma służyć owo zaburzanie proporcji, które prowadzi w konsekwencji, do utrwalania, czy nawet pogłębiania negatywnego wizerunku Polski i Polaków? Myślę, że nie jest, to kwestia uczuć, jakie żywią do Polski Żydzi, nb., dzięki żydowskiej propagandzie, negatywnych, przede wszystkim, lecz sprawa pieniędzy.

Nie od dziś wiadomo, że wiele organizacji żydowskich doskonale zarabia domniemanym antysemityzmie innych, obnażył to w swojej książce amerykański historyk pochodzenia żydowskiego Norman G. Filkenstein w swojej słynnej książce pt. „ Przedsiębiorstwo Holocaust” (The Holocaust Industry: Reflections on the Exploitation of Jewish Suffering). Ale nie tylko Finkelstein zdemaskował rzeczywiste cele organizacji żydowskich – uczynili, to wcześniej inni żydowscy historycy oraz trzej rabini z USA.Posłużę się tu dość długim cytatem:

(…) Pierwsze zarzuty o manipulowanie Holokaustem pojawiły się w USA w późnych latach 70-tych. Rabin Arnold Jacobi Wolf (1980 r.) krytykował nieproporcjonalne, jego zdaniem, nakłady na przedsięwzięcia związane z Holokaustem. Jacob Neusner (1987 r.) bolał nad przywiązywaniem zbyt wielkiej wagi do Holokaustu, co powoduje powrót do cierpiętniczego pojmowania żydowskiej historii.

Głośny eseista Philip Lopate (1989 r.) uznał termin "The Holocaust" za "tyrana" używanego przez "holocaustian" jako pałka do bicia przeciwników. A ci, którzy nalegają na uznanie jego wyjątkowości, w opinii Lopate'a, umniejszają, jeśli nie poniżają, masowe mordy na innych narodach. Odpowiedzialnością za ten żydowski szowinizm Lopate obarczył Elie Wiesela.

Następna dekada XX w. przyniosła jeszcze bardziej gwałtowne ataki na pamięć Holokaustu. Michael Goldberg (1995 r.) przyrównał Holokaust do kultu posiadającego własne dogmaty, rytuały i ołtarze, gdzie "Najwyższym Kapłanem" jest wspomniany Wiesel. David Stannard, wykładowca historii Indian amerykańskich, oskarżył "holocaustian" o to, że ich działalność służy przyznaniu Żydom prymatu w cierpieniu, co pomaga oportunistycznym rządom ukryć własne ludobójstwa z przeszłości i teraźniejszości, zaś państwo Izrael wykorzystuje Holokaust jako usprawiedliwienie dla swojego ekspansjonizmu terytorialnego i represjonowania Palestyńczyków. Jeszcze dalej poszedł kolega Stannarda, Ward Churchill (1997 r.), twierdząc, iż inne ofiary ludobójstwa zostały właściwie wymazane z historii dlatego, że istotą składową syjonizmu jest teza, że nie było żadnego "prawdziwego" ludobójstwa poza żydowskim Holokaustem.

Choć to dopiero Finkelstein spopularyzował pojęcie "przemysł" w odniesieniu do Holokaustu, to jednak elementy tego myślenia można dostrzec już u Petera Novicka w książce The Holocaust in American Life (1999). Sam termin "przemysł" u Novicka się nie pojawia, lecz wymowa jego tekstu nie pozostawia wątpliwości: rosnąca kadra fachowców od Holokaustu, Żydzi zajmujący strategiczne pozycje w świecie mass mediów i narzucający obrazy Holocaustu całej kulturze. Za sprawą ich zabiegów Holokaust istotnie znalazł się w sercu amerykańskiej świadomości, a takie osoby jak Elie Wiesel i Irving Greenberg dokonały "perwersyjnej sakralizacji" Holokaustu. Norman Finkelstein podziela poglądy Novicka; rozwinął jego tezy i w "Przedsiębiorstwie holokaust" udowadnia, że to jest jedno wielkie oszustwo.

Osoby promujące pamięć Holokaustu i starające się o odszkodowania dla żydowskich ofiar nazizmu nazywa szantażystami, gangsterami, żądnych pieniędzy – kuglarzami, dla których ma tylko pogardę i potępienie. Według niego, Holokaust to po prostu towar na sprzedaż...

Dla Finkelsteina i jego poprzedników nie ma większego znaczenia fakt, że niektórzy mogą myśleć o Holokauście z powodów innych i mniej utylitarnych. Jeśli pamięć o Holokauście będzie dalej postrzegana w kategoriach merkantylnych, to podzieli w końcu los innych nieczystych gier – zostanie zapomniana, a potem zaniknie. (Źródło: Alvin H. Rosenfeld, Holocaust. Pamięć zagrożona, „Przegląd Polityczny”  nr 52/53, 2001, str. 47-57.).

Dodałbym jeszcze do tej daleko niepełnej listy film pt. „Zniesławienie”, nakręcony przez młodego, izraelskiego Żyda, który wybiera się w podróż po świecie, by poznać zjawisko, o którym tyle razy słyszał, a nigdy nie doświadczył – antysemityzm. Autor bezlitośnie demaskuje w nim manipulację, któremu poddawane jest społeczeństwo Izraela oraz środowiska żydowskie i cel jaki temu przyświeca. Pokazuje, jak bezwzględnie indoktrynowana jest izraelska młodzież, w której wyrabia się poczucie zagrożenia ze strony nie-Żydów (rozmowa nauczycielki z uczniami przed wycieczką do Auschwitz), rozmowa z prof. Finkelsteinem i wiele innych epizodów.

Oczywiście oburza mnie hipokryzja i fałsz w wypowiedziach niektórych polityków i historyków, polegający na gloryfikowaniu zalet duchowych polskiego “człowieka”, niezdolnego nawet pchły i zaprzeczeniu, że zdarzyło się to – co się zdarzyło oraz próby usprawiedliwienia i relatywizowania zbrodni, fakt, że nielicznych, ale czy w takim razie, to, co robią mniej lub bardziej jawne organizacje żydowskie dopuszczając się  – delikatnie mówiąc – takich manipulacji – nie usprawiedliwia ich w jakimś sensie? Czy nie można podciągnąć tego do kategorii „obrony przed antypolonizmem?”.

Można odnieść wrażenie, iż takie działania wspomnianych organizacji nie tylko prowokują do zachowań antysemickich, ale mają na celu ich podsycanie, po to, by trzymać razem środowiska żydowskie.

Znany publicysta, Stanisław Michalkiewicz, którego cenię i szanuję, twierdzi, iż taki, nie inny stosunek do Polaków ma na celu osłabienie naszego , i tak słabego, państwa, ukazanie nas jako prymitywną, ksenofobiczną, antysemicką hołotę, w celu wyłudzenia 60 mld dolarów w postaci odszkodowań i innych rekompensat. Kiedy już taki wizerunek dotrze do wszystkich, nikt już nie będzie niczego roztrząsał, a wręcz przeciwnie – „jesteście winni, więc płaćcie”. Ponura, to wizja i – co gorsza – nie ma z tej sytuacji dobrego wyjścia, bo wszystkim - oprócz nas- taki stan rzeczy odpowiada, zdejmiemy odpowiedzialność bowiem, z prawdziwych winowajców.

                                                              * * *

Pawlikowski, jak każdy artysta, ma prawo do własnej wizji, nie musi się kierować polską racją stanu, dobrem swojej (byłej?) ojczyzny zastanawiam się jednak, czy ten dobór realiów i całego entourage' u, ma służyć sztuce, czy jednak chodzi o koniunkturalizm? Co cudzoziemski widz może sobie pomyśleć nie znając historycznego, kulturowego kontekstu tych czasów? Okupacji i Niemców prawie nie widać, za to widać, jak polski chłop zabija syna Wandy. Tworzy, to wrażenie, iż polscy chłopi w czasach wojny, trudnili się głównie zabijaniem żydowskich dzieci. Sama Wanda, natomiast, to postać „skomplikowana” - niby zostawiła swoje dziecko na pastwę losu, wybierając komunizm, niby Polska była okupowana przez Niemców, no, ale przecież to Polacy zabili jej syna. Napisałem, że widz cudzoziemski nie zna ówczesnego kontekstu, ale nie do końca mam rację, ponieważ on zna, tyle, że taki, który się wyłania z książek Jan Grossa, typu „Sąsiedzi”, a film Pawlikowskiego, jakby, w części, za tym tropem, podąża, potwierdzając, że antypolska propaganda jest słuszna. Bohaterkę, ze wszystkiego rozgrzesza fakt, że „Polacy zabili jej syna”, a wszystko, co później, to tego skutek. Mściła się za swojego syna, jako komunistyczny prokurator, kierując  najlepszych synów narodu polskiego kierując ich na szubienicę (musiała zatem być jasnowidzem – wstępując do partii komunistycznej jeszcze przed wojną, wiedziała, że jej syn zginie podczas wojny...).

- A co biedna miała zrobić? - zapyta ów cudzoziemski widz – Jak inaczej mogła wyrównać swoje rachunki.

W Polsce, twierdzenie, że istnieją na świecie jakieś żydowskie spiski antypolskie, skutkuje natychmiastowym przypięciem osobie, która tak uważa, etykietki „antysemity”, a co za tym idzie-prymitywa, bo, to przecież takie „nieinteligenckie”. „Inteligenckie” jest natomiast samobiczowanie, podkreślanie jakim, to ksenofobicznym motłochem jesteśmy, choć przecież nie ustępujemy w tym innym, „bardziej cywilizowanym” nacjom. Taki pogląd najczęściej jest spotykany u ludzi pióra: publicystów, dziennikarzy oraz artystów, ale tych bardziej „światłych”, krytyczne uwagi wobec Żydów, narażają ich autora na ostracyzm ze strony tych środowisk.

Nie chodzi, tu prawdziwy antysemityzm, o ohydne „kawały oświęcimskie” o stereotypy (równie ohydne), lecz właściwie – prawie -o wszystko, bo prawie wszystko można pod pojęcie antysemityzmu podciągnąć, nawet opinię, że przedstawicielka Izraela w konkursie Eurowizji nie umie śpiewać. Mamy w Polsce wielu sprzedajnych ludzi, szczególnie wielu jest ich w świecie mediów, piszą, kręcą filmy, pod swoich, lub na zlecenie swoich żydowskich mocodawców, albo po prostu podlizują się im, za możliwość utrzymania stabilnej pozycji społecznej, zawodowej itp. Bywa, że często sprzeniewierzają się sobie, ukrywając, co naprawdę myślą, no ale, to ich wybór.

Mam świadomość, że publikując taki tekst stawiam się poza szacownym „inteligenckim” gronem, sytuując się jednocześnie w „polskim, antysemickim, motłochu”. Tylko jeszcze niech, ktoś powie na czym ten mój antysemityzm polega? I kim, w takim razie jest prof. Finkelstein, czy ów młody Żyd, którego film pokazuje dokładnie to samo, o czym napisałem.

Janusz Młynarski