Nie lubię poniedziałków

CCCP - (w polskim Sejmie) Cham, Chama, Chamem, Pogania

Ocena użytkowników:  / 10
SłabyŚwietny 

Minęła już ponad doba, a ja wciąż jestem pod wrażeniem dorocznej konferencji prasowej Władymira Putina, w której odpowiadał na pytania dziennikarzy. Prezydent Rosji zaprezentował się jak starej daty angielski dżentelmen - doskonałe maniery, rzeczowość, poczucie humoru, czyli wszystko czego brakuje naszym politykom.{jcomments on}

Wymieniłem tylko część zalet prezydenta Rosji, w obawie, że gdy wymienię więcej, to jacyś "ultra-patrioci", wybiją mi szyby.

Po obejrzeniu konferencji poczytałem i pooglądałem trochę informacji z Polski, ze szczególnym uwzględnieniem relacji z Sejmu, pokazujących, jakich to chamów i kombinatorów naród zafundował sobie, jako swoich reprezentantów. Źle to świadczy o narodzie, ale to już inna sprawa.

W pamięci utkwiła mi posłanka Pawłowicz, nie dlatego, że ideologicznie związana z PiS, lecz raczej z racji wykształcenia, płci i manier, a raczej ich braku (mam na myśli rzecz jasna dobre maniery).

Czytam jej biografię, no tak, profesor zwyczajny, doktor habilitowany, była sędzia Trybunału Stanu, pokaźny dorobek naukowy, absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego, na którym przez wiele lat pracowała naukowo, na tamtejszym wydziale prawa i administracji miała do czynienia z samą profesorską elitą i nie sądzę, by owo szacowne grono mówiło do siebie: „zamknij ryj”, „stul pysk”, zwracali się do sibie per „kurduplu” czy „stary dziadygo”.

Skupiam się na razie na posłance Pawłowicz, ponieważ jest kobietą i występuje, choć do niej nie należy, w barwach jedynie słusznej partii czyli Prawa i Sprawiedliwości. Co, z tego, że kobieta? To z tego, że partia, z którą się posłanka utożsamia uważa się za strażnika m.in. tradycji, obyczajowości itp.

Według owej tradycji, kobieta postrzegana jest jako twór kruchy, wrażliwy, łagodzący obyczaje. Za dawnych, w tym również za moich czasów, kobiety całowano w rękę, podawano, im płaszcze, przepuszczano w autobusie, tramwaju, otwierano drzwi, ustępowano miejsca. Tu i ówdzie, mężczyźni nadużywający mocnych wyrazów, zmieniali słownictwo w obecności kobiet, by ich nie urazić i nie wypaść w ich oczach na buraków. Panie również – nawet jeśli miały ochotę – rzucić mocniejszym słowem, to nie przeszło im to przez gardło – taka była,w owych czasach, etykieta.

Dziś kobieta, która powinna świecić przykładem, już nie tylko dlatego, że jest kobietą, ale osobą z tzw. pozycją - posługuje się mocnym, męskim językiem, do tego jeszcze obraźliwym i prostackim. Do tego jeszcze na sali sejmowej pożywia się, jak w świetlicy dworcowej, biorąc jednocześnie udział w debacie. A przecież Sejm powinien być miejscem świętym, choć może być, a nawet powinien być miejscem sporów, to na pewno sposób w jaki są toczone, nie powinien być taki, jaki jest.

Wszyscy pamiętamy, co mówiła Pawłowicz o posłance Grodzkiej – tylko w niewielkim stopniu odnosiła się do przedmiotu sporu, koncentrując się raczej na wyglądzie Grodzkiej, używając niewybrednych aluzji, co do jej "fizys" itp.

Ciekaw jestem, co by było gdyby posłanka miała dzieci i jedno z nich byłoby np. transseksualistą, a drugie „pedałem”? Czy równie ochoczo raziłaby z trybuny sejmowej takich odmieńców? Czy powiedziałaby o swoim ojcu, albo, którymś ze swoich towarzyszy partyjnych: „stary dziadyga”?

Nie twierdzę, że posłanka Pawłowicz nigdy nie ma racji, ale w miejscach publicznych, w wypowiedziach publicznych powinna się jednak miarkować – to nie obora, nie pastwisko. Wielu ludzi cierpiacych na niedostatek kindersztuby, może uznać, że zachowanie posłanki jest wzorem do naśladowania, bo przecież, to profesor, prawnik, osoba pobożna, więc pewnie tak należy się zachowywać.

Dla mnie wzorem dobrych manier, jest posłanka Joanna Senyszyn – kobieta, która jest w opozycji do Pawłowicz nie ideologicznej, lecz również pod względem kultury osobistej – nigdy nie używa słów wulgarnych, nigdy nie naigrawa się z czyichś przypadłości fizycznych, a jednocześnie potrafi dotkliwie dopiec używając dość subtelnego języka.

Męskim, arcy-chamem sejmowym, jest bez wątpienia Stefan Niesiołowski, też profesor, też -niegdyś- pracownik naukowy. I też ma swoim repertuarze słownictwo, które kwalifikuje go raczej do pracy w oborze. „Bydlak”, „idiota”, „kretyn”, „szkodnik”, „psychicznie chory”. - to jego ulubione epitety, kierowane wobec przeciwników politycznych, szczególnie wobec Jarosława Kaczyńskiego.

Do samego Jarosława Kaczyńskiego, nie można mieć zastrzeń pod tym względem, bo takich prostackich epitetów nie używa, ale obraża ludzi zarzucając im kłamstwa, szwindle, nie przedstawiając dowodów, a przecież, to doktor praw i nie powinien lekceważyć podstawowych zasad prawa, nie wypada mu też i z tego powodu, że jest liderem partii, która ma wypisane na sztandarach „Prawo i Sprawiedliwość". Jako osoba, wywodząca się, ze starej żoliborskiej inteligencji, powinien dbać o poziom i nie schlebiać gawiedzi. Pominę już pewne pozaparlamentarne, ogólnie znane, potknięcia posłów z różnych ugrupowań, które potwierdzają moją tezę.

Nie będę streszczał tego, co mówił Putin, nie tylko z powodów wymienionych na początku, poczekam, aż przejdzie mi „zaślepienie”, ale miło było popatrzeć na kogoś, kto mówi bez agresji logicznie, na temat, jest przygotowany do rozmowy i odnosi się z szacunkiem do interlokutorów. Czasami zazdroszczę Rosjanom Putina i Ławrowa.

Janusz Mlynarski